czwartek, 11 grudnia 2014

003. Dzikie propozycje

Bezludna Wyspa, Karaiby
1 marca 1736 roku


Angelica Malon stała samotnie na wyspie, na której zostawił ją Jack. Była wściekła. Wszystkie emocje z w niej buzowały. Przez tego kretyna została kompletnie sama na jakiejś bezludnej wyspie, na której równie dobrze mogłaby zginąć, a Sparrowowi nie zrobiłoby to różnicy. Myślała, że choć trochę liczy się dla tego pirata. Widać się myliła. Pluła sobie w brodę za to, że była tak głupia, żeby drugi raz wchodzić do tej samej rzeki. Jack już raz ją wykorzystał i zostawił, a teraz było dokładnie tek samo. Ale nie miała zamiaru rozpaczać tak, jak wcześniej. Miała zamiar pozbierać się i być silna. Wiedziała, że sama sobie poradzi. Nie potrzebowała niczyjej pomocy, a już szczególnie żadnych piratów. 
Przypomniała sobie o tym co mówił o tej wyspie kapitan Sparrow, po czym odwróciła się i wymierzyła równo jedenaście kroków od najbliżej stojącej palmy, po czym skoczyła. Bingo! Ziemia zatrzęsła się. Angelica zeszła kawałek dalej, po czym odsunęła ukrytą pod piachem pokrywę. A więc stary Jack tym razem nie kłamał. Angelica patrzyła na ogromny schowek pełen rumu i bogactw. Dziewczyna zeszła na dół po drabince i wzięła w dłoń pierwszą lepszą butelkę. Już miała wziąć łuk trunku, kiedy uświadomiła sobie, że jej nie wolno. Gniewnie rzuciła butelką o podłogę, a ta roztrzaskała się na tysiące kawałków. Rozgniewana wyszła na powierzchnię zatrzaskując za sobą klapę. Wtedy zauważyła na horyzoncie, że coś się zbliża. Był to statek. Z początku myślała, że to statek piracki, jednak w miarę zbliżania się go, zauważyła, że był to statek handlowy. Szybko schowała szpadę do jednego ze swoich długich kozaków, a pistolet pod bluzkę. Trochę dziwnie wyglądałoby, gdyby samotna kobieta została znaleziona na bezludnej wyspie w pełnym rynsztunku pirackim. Gdy widziała, że statek jest już wystarczająco blisko by ją zobaczyć, zaczęła skakać po całej plaży wymachując rękami i krzycząc.
- Tutaj! Hej, pomocy!- wołała z plaży. Nawet nie sądziła, że ma aż tak donośny głos. 
W końcu statek zaczął stawać, a Angelica zauważyła, że zaczynają opuszczać szalupy, co oznacza, że ją zauważyli. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i opadła na gorący piasek. Nie zginie tu. Zawsze jakiś plus. Po piętnastu minutach obok niej pojawiło się dwóch niezbyt atrakcyjnych żeglarzy. Nie byli piratami, ale nie byli też żeglarzami co ostatecznie upewniło Angelicę w przekonaniu, że statek na jaki trafiła to statek handlowy.
- Co taka piękna kobieta robi samotnie na wyspie?- zapytał jeden z nich, a Angelica powstrzymała się od teatralnego wywrócenia oczyma.
- To długa historia- odpowiedziała.- Czy mogę jednak liczyć na pomoc porządnych marynarzy?
- Och, oczywiście- rozanielił się jeden z nich. Najwidoczniej długo nie widzieli kobiety na pokładzie.- Nazywam się Edmund, a to jest Gregory.
- Angelica- przedstawiła się im, a Edmund kulturalnie poprosił ją by poszła przodem do szalupy. 
Szalupa stała kilka metrów od brzegu, przez co Angelica zmoczyła sobie nogi aż do kolan. Na szczęście woda była ciepła i było to nawet przyjemnym uczuciem.
Siedzieli w szalupie w trójkę. Gregory jako jedyny wiosłował. Edmund za to zajęty był opowiadaniem Angelice nudnych historii na temat jego słynnych interesów, na których według tych opowieści, zawsze dobrze wychodził. Angelica powoli zaczęła rozumieć swój błąd, którym było zauroczenie w Jacku. On był po prostu inny. Ciekawszy, niż ci wszyscy nudziarze w jej internacie. Oni widzieli tylko czubek własnych nosów i jedynymi sposobami na zaskarbienie sobie serca kobiety, było opowiadanie o swoich dokonaniach. Jednak słowa, to nie czyny i prawdą z tego wszystkiego nie okazywało się prawie nic. 
Gdy weszli na statek Angelica od razu zaczęła się rozglądać. Cóż, w tym statku nie było kompletnie nic szczególnego. Podejrzewała nawet, że żaden statek piracki nie pokusiłby się o atak na niego. 
Edmund i Gregory zaprowadzili Angelicę do gabinetu kapitana w obstawie spojrzeń każdego majtka z załogi, który łapczywie spoglądał na dziewczynę.
- Witam- odezwał się w stronę dziewczyny stary, siwiejący kapitan o dość obfitej wadze.- Nazywam się Henry Floyd, a jak brzmi pani imię?- powiedział i zrobił w stronę Edmunda i Gregory'ego ruch, który miał oznaczać, ze chce zostać sam z Angelicą. Gdy tak się już stało, wskazał dłonią krzesło.- Proszę siadać.
Angelica pewnie usiadła na krześle robiąc zupełnie obojętną minę, mimo iż wiedziała, że powinna być miła dla poniekąd swojego wybawiciela. 
- Nazywam się Angelica Malon i jestem służką gubernatora w Saint Lennox- powiedziała. Już dawno nauczyła się kłamać.
- Och, oczywiście.  Zastanawia mnie tylko, co służka gubernatora mogła robić na bezludnej wyspie.- powiedział podejrzanym tonem. Tak, jakby wiedział, że Angelica kłamie. Piratka zaczęła nieco się martwić, ale wiedziała, że nie może tego przyznać. 
- Drogi różnie się krzyżują- odpowiedziała, uśmiechając się dworsko. Kapitan Floyd prychnął tylko pod nosem, a Angelica wiedziała, że to zły znak. Nagle drzwi gwałtownie otworzyły się i wpadł przez nie Edmund, z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
- Atakują nas!- krzyknął i nagle coś mocno zatrzęsło statkiem i wydobył się głośny huk.
- Kto?!
- Zemsta Królowej Anny- powiedział po czym przerażony wykonał znak krzyża i wyszedł z kajuty. Angelica uśmiechnęła się pod nosem, równocześnie zastanawiając się, jakim cudem Zemsta Królowej Anny jest w stanie dokonać abordażu bez kapitana. 
- Cóż, dokończymy później- powiedział mściwie i własnie otwierał drzwi od kajuty, kiedy jego plecy przeszyła wielka dziura, a Floyd upadł martwy na ziemię.
- Nie wydaję mi się- powiedziała Angelica, chowając pistolet z powrotem za pas.
Wyskoczyła z kajuty, przeskakując przez ciało martwego Floyda i rozejrzała się znów dookoła. Wszystko się waliło. Piraci bandery Zemsty Królowej Anny dokonali już abordażu i bez skrupułów zabijali marynarzy, kule waliły w pokład tak, że cały statek aż się trząsł. Angelica biegła przez deszcz kul. Nagle zamajaczyła przed nią długa lina. Nie zastanawiając się ani minuty Angelica sięgnęła po nią i przeskoczyła na swój pokład, upadając idealnie przed sterami. Pierwszą osobą, jaka ją zobaczyła był ciemnoskóry zombie wskrzeszony przez jej ojca. Gdy ja zobaczył, jego oczy rozszerzyły się.
- Odwrót! Nasz kapitan już tu jest!- wrzasnął, a Angelica ściągnęła brwi ze zdziwienia.- Kapitan Malon, jak dobrze, że udało ci się do nas przedostać.
- Co to wszystko ma znaczyć?- zapytała zdezorientowana Angelica.
- Napadliśmy ten statek specjalnie, by panią uratować. Jako, że Czarnobrody już do nas nie wróci, jedynym prawowitym kapitanem jest pani. 
Angelica potrzebowała kilku minut by poskładać sobie to wszystko w całość.
- Cóż, więc, wykończmy te szczury lądowe!- wrzasnęła wyciągając wysoko szable.



Gdzies w Zatoce Meksykańskiej
Teraźniejszosć

William Turner siedział na krześle w kajucie kapitana w z nogami założonymi na stole. Jakże był dziś zmęczony. Dopiero co wyjechali z portu, w którym kilka osób z jego załogi miało dokupić potrzebne naboje, kule armatnie i rum. Sam nie pił go tak dużo, żeby tak szybko zawsze go kończył, ale jego załoga była pod tym względem nieco inna. Od samego rana ustanawiał nowy kurs i teraz gdy już to skończył, był niebywale zmęczony. Miał chęć położyć się i przespać, jednak wiedział, że obowiązki kapitana nie poczekają i musiał mieć na oku swoją załogę, dopóki również i ona nie pójdzie spać. Oczy same mu się przymykały.
Wychylił porządny łyk rumu z butelki w nadziei, że to odgoni od niego senność. Wstał i spojrzał zza okna. Widok na morze dzisiejszego wieczora wydawał mu się jakiś...dziwny. Nienaturalny. Na powierzchni wody utrzymywała się gęsta mgła. Na tyle gęsta i biała, że wyglądała, jakby ktoś rozlał mleko na całej powierzchni wody, a ono zaczęło lewitować. Nie było słychać nawet mew, które słychać było tutaj jeszcze kilka minut temu dosłownie wszędzie. William zabrał z krzesła pas ze swoimi szablami i założył go na siebie, po czym wybiegł na pokład. Wszyscy majtkowie wykonywali swoje funkcje, ale mimo to, trzęśli się z zimna. Rzeczywiście temperatura w ciągu ostatnich kilku minut temperatura opadła bardzo nisko. Will pewnie też poczułby to, gdyby nie to, że jego najważniejszy organ, pompujący krew do całego ciała leżał ukryty w skrzyni gdzieś w jego gabinecie. Podbiegł do sterów i zauważył, że nie ma przy nich jego pierwszego mata, Williama Turnera Sr. Cóż, wiele się jednak temu nie dziwił. Widoczność była tak kiepska, że nie było widać dosłownie nic. Po Chwili młody kapitan usłyszał dziwny dźwięk. Nagle, jak z nieba, na pokład Latającego Holendra zaczęły spadać grube, ostre sople lodu.  
- Wszyscy na dół do ładowni!- zawołał do swojej załogi, a przerażeni majtkowie zaczęli uciekać w dół. Na szczęście nikt z załogi nie cierpiał. 
Deszcz sopli wkrótce przestał padać, a William zachodził w głowę, co się tu dzieję. Czyżby był to kolejny czarodziejski obszar? A może to Calypso z niewiadomego powodu zdenerwowała się na Willa i resztę załogi Latającego Holendra? Tylko o co miałaby się złościć? William nie robił nic ponad to, co robili inni piraci. Miał już plan, gdy tylko mgła opadnie, natychmiast się stąd wynosi. To widać było jedno z tych Przeklętych Miejsc, które piraci powinni omijać szerokim łukiem. 
Patrząc na sople głęboko powbijane w pokładową podłogę, dopiero po kilku minutach zorientował się, że największe i najdłuższe z nich formują się w prostą linię, prowadzącą prosto do jego kapitańskiej kajuty. Przyjrzał się jeszcze chwilę, by upewnić się, że mu się nie wydaje, po czym szybkim krokiem ruszył do gabinetu. Gdy otworzył drzwi, zauważył siedzącą na jego biurku kobietę. Była brunetką o mocno kobiecych kształtach. Nie to jednak go zdziwiło. Wokół niej, wszystko pokryte było szronem.
- Demeter- odpowiedział nieco nieuprzejmym tonem. Kilka lat temu ich relacje popsuł pewien spór. Kobieta uśmiechnęła się do niego.
- William, nic się nie zmieniłeś, czyżby to zaleta posiadania serca w skrzyni- powiedziała, a Turner dopiero wtedy zauważył, że delikatnie dotyka ręką skrzyni, w której znajdowało się jego serce. Nieco się przestraszył, jednak wiedział, że Demeter nie chce jego serce. Czuł, że ona potrzebuje przysługi.
- Można tak powiedzieć- odparł krótko.- A teraz przejdźmy do konkretów. Czego chcesz?
- Czy muszę coś chcieć, by odwiedzić starego znajomego?
- Po pierwsze, Demeter, nie jesteśmy znajomymi, po drugie, nigdy nie byłaś bezinteresowna. Jeden plus dwa daje trzy, a trzy oznacza kłopoty- wyliczył Will, a kobieta uśmiechnęła się zawadiacko.
- No cóż, skoro już mnie rozgryzłeś...- zaczęła i zeskoczyła z biurka i podeszła bliżej do Willa, pokrywając przy tym szronem wszystko wokół siebie.- Jak pewnie zauważyłeś, ciąży na mnie jakaś klątwa. Nie wiem skąd się wzięłam, ale wiem, kto mógłby pomóc mi ją zdjąć...
- Że niby miałbym to być ja?
- A któż by inny, mój drogi Williamie?- zapytała, kładąc mu rękę na tors, a William poczuł, jak mimo braku serca ogarnia go wielki chłód.- Wystarczy, że zbudzisz swojego małego potworka i naślesz go na tego, kto mi to zrobił.
William zaśmiał się pod nosem. Pomysły Demeter zawsze były niekonwencjonalne, ale ten był naprawdę dziki.
- Krakena?
- Wyjęto ci też mózg? Oczywiście, że tak- odparła tym razem typowym dla niej lekceważącym tonem. William odsunął się gwałtownie od brunetki. 
- Nie będę z tobą pogrywał w żadne gierki. Sama wpakowałaś się w te kłopoty, a teraz proszę, abys opuściła mój statek- powiedział stanowczo Will, a Demeter zrobiła zaciętą minę.
- Jeszcze tego pożałujesz- powiedziała i zmieniła się w obłok czarnego dymu i zniknęła, a gabinet Willa wrócił do poprzedniej formy. Strapiony tym wszystkim kapitan Turner opadł bez sił na swój hamak. To wszystko było jakieś dziwne. Demeter i bez klątwy była niebezpieczna, a z tą klątwą może stać się niepokonana. Obiecał sobie jednak, że już nigdy więcej jej nie pomoże.
Nagle usłyszał głośny krzyk z dolnej kajuty załogi. Momentalnie wstał i pobiegł w dół. Gdy znalazł się w zgrzybiałym pokoju, który miał służyć jako sypialnia dla majtków, zauważył, że cała załoga były ustawiona w kółko. Podbiegł do swojego ojca, który jako jedyny nie przepychał się, by zobaczyć, czym wszyscy są zainteresowani.
- Co się stało?- zapytał.
- Sam zobacz- poradził mu ojciec wskazując na zbiegowisko, a Will zagwizdał głośno, a cała załoga zwróciła wzrok na niego.
- Co się dzieje?!- zapytał ostrym tonem kapitana, którego zazwyczaj używał wobec swojej załogi. Załoganci nic nie powiedzieli tylko rozsunęli się, a oczom Willa ukazał się jeden z majtków leżący na podłodze w agonii bólu. Nie to jednak go zdziwiło. Głowa majtka, zamiast głowy człowieka, miała kształt głowy rekina. William zaklął pod nosem. Ryboludzie. Załoga z powrotem zmienia się w ryboludzi. Wiedział, że musi temu zapobiec, a wiedział, że jedynym miejscem, gdzie wszystko się wyjaśni jest Zatoka Mgieł.

--*--

Fiuu, jest już rozdział 3. Cóż cieszę się, że w końcu udało mi się go napisać. Myślę jednak, że to najgorszy ze wszystkich rozdziałów. Jakoś nie umiałam się na nim skupić, tak, jak powinnam. Wybaczcie moją nieobecność, ale byłam nieco podłamana, bo pewna blogerka w odpowiedzi na mój spam, powiedziała, że nie zniży się do tego poziomu, by czytać mojego bloga, jednak szybko doszłam do wniosku, że przecież są osoby, które jednak się 'zniżą'. W najbliższym czasie z notkami może być problem, bo czekają mnie semestralne sprawdziany z dziesięciu przedmiotów, co oznacza dla mnie nieustanną naukę, przez najbliższy miesiąc.
Pozdrawiam i zapraszam do komentowania,
Priori :)
PS: Tu macie mojego aska, gdyby ktoś miał jakieś nurtujące pytania- KLIK
PSS: Jeśli ktoś z moich czytelników potrafi robić szablony, to byłabym bardzo wdzięczna, gdyby się odezwał i nawet w komentarzu zostawił swój e-mail, jeśli oczywiście byłby chętny zrobić szablon na tego bloga, a wtedy się odezwę :)








czwartek, 4 grudnia 2014

002. Spiski i tajemnice

Singapur
6 czerwca 1736 roku


Elizabeth Swann, a właściwie już Elizabeth Turner stała nad brzegiem morza. Delikatne fale rozbijały się o jej nagie stopy. Wiejący wiatr rozwiewał jej włosy, a mewy jak zawsze śpiewały swoją melodię. Elizabeth nie zwracała jednak uwagi nawet na piękny zachód słońca. Wpatrywała się w powoli ginące za horyzontem żagle Latającego Holendra. Chciała by okazało się to snem, jednak wiedziała, że to straszna rzeczywistość. Jej mąż, William Turner opuszczał ją na kolejne dziesięć lat. Przytłaczała ją myśl, że swojego ukochanego Willa zobaczy dopiero za dziesięć lat. I to przez kogo. Przez Jacka. Człowieka, którego oboje uważali za swojego przyjaciela. Wiedziała, że powinna mu być wdzięczna, bo gdyby nie on, serce Willa stanęłoby na zawszę. Jednak rozłąka na tak długo była dla niej jeszcze gorsza. Teraz zaczęła się zastanawiać co by było, gdyby zignorowała swoje uczucia i poślubiła komodora Norringtona, tak jak chciał tego jej ojciec. Może byłaby teraz jedną z tych pięknych panien dworu na jednej z angielskich skolonizowanych wysp? Tylko czy tego własnie chciała? Być zwykłą damą dworu? Gdy pierwszy raz stanęła na pokładzie Czarnej Perły była przerażona, musiała jednak przyznać, że to własnie piractwo było tym, co ją od zawsze ciągnęło. 
Smętnie opadła na jeden z wielkich kamieni na plaży i zaczęła łkać. Wiedziała, że nie wypada jej łkać. Znajdowała się w zatoce pełnej piratów, dla których łzy były wyrazem słabości, jednak nie mogła się opanować. Czy była gotowa na teki poświęcenie, by czekać na Willa aż dziesięć lat, tylko po to, by mieć go całego na tylko jeden dzień? Sama nie wiedziała. Teraz była pewna tylko tego, że za młodego kapitana Turnera była gotowa oddać życie. Najgorsze było w tym jednak to, że kompletnie nie wiedziała, co ma teraz ze sobą zrobić. Nie mogła wrócić do Port Royal odkąd rządził tam Buckett, który niczego innego tak nie pragnął jak głowy jej i Willa. Nie mogła przyłączyć się do Willa, a nawet nie brała pod uwagę opcji, że mogłaby żeglować pod banderą Jacka. Była w kropce.
Nagle usłyszała za sobą szelest piasku spowodowany czyimiś krokami. Odwróciła się w stronę dźwięku i zauważyła trzech, grubych piratów.  Rozpoznała ich. Byli z jej byłej załogi. Z załogi Sao Fenga. Mieli na sobie tylko luźne spodnie obwiązane grubym pasem, za którym znajdowały się ich szable i pistolety, oraz czarne, krótkie kamizelki. Jeden z nich na łysej głowie wytatuowany miał topór.
- Elizabeth Swann, tak?- powiedział jeden z nich uśmiechając się złowieszczo. Elizabeth ściągnęła brwi, zastanawiając się, czego piraci mogą od niej chcieć. Wiedziała, że w razie potrzeby zdoła się obronić. Will uczył ją szermierki na bardzo wysokim poziomie, bo twierdził, że jeszcze przyjdzie czas, kiedy Elizabeth będzie musiała pojedynkować się z Jackiem.
- Tak- odpowiedziała krótko, niepewnym tonem.
- Idziesz z nami- odpowiedział najgrubszy z piratów i podszedł do Elizabeth, a ta wstała szybko i wyciągnęła z pochwy swoją szable. Była gotowa do walki. Pirat spojrzał na nią, po czym zaśmiał się głośno.
- Myślisz, że chcemy ci coś zrobić?- odezwał się ten z tatuażem na głowie.
- Uwierz, mi, że owszem, chcielibyśmy ci zrobić kilka rzeczy- wpadł mu w słowo kolejny pirat obrzydliwie się oblizując.- Jednak nie możemy ci nic zrobić złociutka. To rozkaz Sao Fenga.
- Przecież Sao Feng nie żyje. Widziałam jego śmierć na własne oczy- powiedziała zdziwiona odpowiedzią piratów.
- Słodziutka, po twoim odejściu wybraliśmy na kapitana Sao Fenga II- powiedział najchudszy z piratów.- I własnie na jego zlecenie tu jesteśmy. Powiedział, że mamy ruszyć po poprzedniego kapitana i przyprowadzić go do niego.
Elizabeth przyjrzała się każdemu z piratów podejrzliwie. po czym po krótkim zastanowieniu uznała, że nie ma co się kłócić i że lepiej iść z nimi dobrowolnie. Jeśli Sao Feng nie miał wobec niej uczciwych zamiarów, z pewnością poradziłaby sobie z ucieczką stamtąd. Bez słowa ruszyła za trojgiem piratów.
Siedziby Sao Fenga nie zmieniła się nic, odkąd była tu ostatnim razem. Dalej była ona w kanałach pod miastem. Deski były przeżarte wilgocią, a wszystko śmierdziało tu stęchlizną. Brudni, zniszczeni ludzie przesiadywali po kątach wśród szczurów i różnego robactwa. Wszędzie walały się beczki z prochem, czy kule armatnie. Nad całą siedzibą unosiła się cienka mgiełka sięgająca do kostek. Elizabteh nawet cieszyła się, że nie widzi podłogi po której stąpała. Kto wie co się na niej mogło znajdować.
W końcu doszli przed oblicze samego Sao Fenga II. W drodze do siedziby Elizabeth przysłuchiwała się rozmowie piratów, przez co wiedziała, że Sao Feng II jest bratankiem Sao Fenga, i że jest dużo bardziej krwiożerczy od starego kapitana. Wyglądem jednak bardzo go przypominał. Był niski i chudy, miał skośne oczy. Jego twarz miała kształt kwadratowy i była usiana wieloma bliznami. Tak jak poprzedni kapitan, też był łysy. Jego bródka była jednak długa, sięgająca aż do połowy klatki piersiowej, spięta w wątki kitek. Wbijał w Elizabeth spojrzenie jego wściekle pomarańczowych oczu.
- A więc to ta sławna Elizabeth Swann, której udało się zakpić z moje wuja? Podobno miał cię za Calipso. Bardzo sprytnie- powiedział i przysunął się do Elizabeth, a ta poczuła jak chłód przechodzi przez całe jej ciało.
- Turner. Teraz już Elizabeth Turner- wycedziła przez zęby, rozeźlona wcześniejszą uwagą Azjaty.- I nigdy nie chciałam zakpić z mojego poprzednika. Sam doszedł do wniosku, że jestem Calipso i nie chciał przyjąć do wiadomości, że się myli.
- Cóż, może i tak. Ale nie dlatego cię tu sprowadziłem. Chodź za mną- powiedział i ruszył w jakiś nieznany Elizabeth korytarz, a ta potruchtała za nim.- Wyobrażam sobie, że po tym, jak twój mąż odjechał na kolejne dziesięć lat, a twój ojciec został zabity, nie masz dokąd wrócić?- zaczął, ale gdy nie spotkał się z odpowiedzią, kontynuował.- Widzisz, wpadło mi w ręce coś, czego nie pragnąłem mieć. Jednak nie mogę tego wyrzucić, ani nic z nim zrobić. Widzisz, muszę dopilnować to. Strzec tego dniami i nocami, bo jeśli się wydostanie, zasieje zgubienie we wszystkich Siedmiu Morzach. Potrzebuję kogoś zmyślnego, z dużymi umiejętnościami, takiego jak ty, by mógł pomóc mi się tam zająć.
W końcu stanęli naprzeciw wielkiej klatce. Elizabeth spojrzała na jej zawartość i zakryła usta dłonią. To o tym przed chwilą mówił Sao Feng. Nie wiedziała kto to, ale była pewna, że nikt dobry. Klatka aż trzęsła się od gniewu jej więźniów.
- Mam być strażniczą...tego czegoś?- zapytała, nadal przerażona tym, co działo się w klatce.
- Tak. Jesteś mądrą kobietą i wierzę, że sobie poradzisz. Za to mogę ci zapewnić bezpieczeństwo i, za te dziesięć lat, że William Turner będzie mógł spokojnie zacumować swój statek w Singapurze, by się z tobą spotkać- odpowiedział. W jego oczach nie było strachu, przed tym, co kryło się za kratami klatki. Kryło się w nich obrzydzenie. Elizabeth chwilę pomyślała nad propozycją Sao Fenga.
- Zgoda- odpowiedziała po chwili.




Tortuga, Karaiby
Teraźniejszość

Kapitan Jack Sparrow chwiejnie utrzymywał równowagę na krześle w gospodzie 'Wesoła Bandera'. Wczoraj wieczorem, gdy dopływali już do wyspy na jego ukochaną Perłę natarł wielki sztorm. W całym swoim życiu ani Jack, ani nawet starszy od niego Gibbs czegoś takiego nie widzieli. Cudem było to, że z Perły w ogóle coś zostało. Gdy jednak przybili do Tortugi, a Jack zobaczył na własne oczy stan jego kochanego okrętu, załamał się. Nakazał Gibbsowi zrobić z tym porządek, do następnego zachodu słońca, a  sam udał się do pierwszego lepszego baru, by w spokoju przemyśleć to, co działo się wokół niego. Niestety, głębokie przemyślenia okazały się dużo trudniejsze, niż się podziewał i co chwila zmuszały go do sięgania po coraz to nowe butelki z rumem. I tak własnie Jack Sparrow dotrwał do tej chwili kiedy miał na swoim koncie już osiem butelek rumu, dwie bijatyki i wyjątkowo nieświeży oddech. 
Upił własnie ostatni łyk z ósmej butelki rumu, nie zwracając uwagi na krzywo patrzącą na niego barmankę, kiedy do jego stolika ktoś się przysiadł. Przyjrzał się uważnie osobie przed sobą, po czym wyciągnął daleko rękę, by sprawdzić, czy postać jest namacalna. Nie byłby zdziwiony, gdyby to były halucynacje po dużej ilości rumu.
- Tatuś?- zapytał kpiąco, łamiącym się głosem, od małej ilości krwi w rumie przepływającym przez jego ciało.
- Witaj Jack- przywitał się z nim stary kapitan Sparrow, po czym zabrał mu dziewiątą już butelkę zanim Jack zdążył wypić z niej chociaż łyk i sam upił z niej sporą ilość złocistego płynu z butelki. 
- Co tutaj robisz?- zapytał Jack momentalnie wracając do rzeczywistości Takie ilości rumu nie robiły już wrażenia na jego zaprawionym w bojach organizmie. 
- Nie mogłem po prostu przyjechać odwiedzić rodzonego syna?- zapytał, a Jack tylko uśmiechnął się w ten typowy dla niego sposób, po czym zbliżył się do ojca.
- Ostatnim razem odwiedziłeś mnie siedemnaście lat temu- zauważył.- I to tylko dlatego, że chciałeś mnie powiadomić o zebraniu Trybunału, czyli nie chciałeś po prostu spotkać się z synem, czyli twoje spotkanie ze mną nie było spotkaniem ojca z synem, a spotkaniem pirata z piratem- powiedział, spoglądając na minę ojca, która wyrażała jedynie to, że stary Edward Sparrow nie wie, czy się śmiać czy płakać, ani czy jego syn po prostu przedawkował rum, czy może kompletnie oszalał z nadmiaru piractwa.- Lepiej mów po co przyszedłeś, nie mam czasu. Muszę się jeszcze w spokoju napić.
- Muszę porozmawiać z tobą o czymś bardzo ważnym. Jesteś mi potrzebny.
- Przykro mi, ale chyba jednak nie chcę wysłuchiwać twojej propozycji- powiedział Jack wyrywając ojcu z ręki butelkę rumu. Taki miał dziś humor. Nie chciał gadać z tym starym piratem, choć w głębi duszy cieszył się, że żyje i jest z nim wszystko w porządku. Edward Sparrow westchnął głośno, po czym nałożył swój piracki kapelusz i odszedł w stronę drzwi. Trochę zdziwiło to Jacka, który wiedział, że ktoś taki jak on, tak łatwo nie odpuszcza. Mając jednak przed sobą perspektywę dalszego picia machnął tylko na to ręką. Nie dano mu się jednak cieszyć darem natury jakim był rum. Usłyszał dźwięk zbliżających się do niego kroków i po chwili tuż przy nim stała wysoka brunetka o wyrazistych rysach twarzy i pomarańczowej wyzywającej sukience, z seksownym gorsetem. 
- Jack- powiedziała tylko szczerząc się dziwnie, a Jack już wiedział co go czeka.
-Teresa- uśmiechnął się zawadiacko do dziewczyny, jednak ta już po chwili z całej siły uderzyła go otwarta dłonią w policzek, tak mocno, że Twarz Jacka aż odleciała do tyłu. 
- Gdzie są moje pieniądze?!- wykrzyczała łapiąc się pod boczki. Jack przetaksował ją wzrokiem od góry do dołu, po czym spojrzał kątem oka na drzwi wyjściowe.
- Tato!- wrzasnął, po czym szybko ubrał kapelusz i wybiegł z 'Wesołej Bandery' nie zwracając uwagi na zdenerwowaną pannę tuż za nim. Zapamiętaj dzień, kiedy prawie schwytałaś kapitana Jack Sparrowa- powiedział w myślach, spoglądając jeszcze zza ramienia na Teresę. 
Wybiegł z karczmy mocno trzaskając za sobą drzwiami i pokierował się do swojej Perły. Własnie przekraczał granicę portu, kiedy kros wyszedł mu naprzeciw. 
- Niech zgadnę, Teresa to twoja sprawka?- zapytał Jack, spoglądając na swojego ojca.
- A co? Myślałeś, że spryt masz po matce?- odpowiedział, po czym ruszył razem z Jackiem w kierunku jego okrętu.
- Więc co takiego ważnego masz mi do zakomunikowania?- zapytał Jack, lekko chwiejąc się na boki.
- Chodzi o Trybunał Braci- zaczął, a Jack teatralnie wywrócił oczyma. O cóż innego mogło chodzić strażnikowi kodeksu pirackiego.- Odkąd królem piratów został następca Sao Fenga, Sao Feng II...
- Cóż za kreatywność- zażartował Jack, wcinając się w ojcu w słowo, a Edward Sparrow spojrzał na niego ze skargą w oczach.
-...W każdym razie, odkąd Sao Feng II stał się Królem Piratów, w Trybunale dzieją się dziwne rzeczy. Sao Feng zbiera Trybunał, jednak nie jest to już ten sam Trybunał. Wezwał do niego ze starego Trybunału jedynie pannę Ching  oraz kapitana Chevale, reszta to nieznani, nowi piraci. Udało mi się dowiedzieć tylko o dwóch z nich. Jedna to piratka, kapitan Cienia Świata- Demeter, a drugi to Chester Lennington, były korsarz angielski, który przyłożył się do zamachu na króla. Sao Feng buduje nowy Trybunał, Jack. Najgorsze jest to, że wydaje mi się, że z jego spiskami mają coś wspólnego te wszystkie sztormy, które ostatnio nawiedzają całe Karaiby. Gdy tylko zauważył, że zaczynam coś podejrzewać, wyrzucił mnie i mianował jednego ze swoich ludzi kolejnym strażnikiem kodeksu. 
Jack zmarszczył brwi. Mimo, że ostatnią rzeczą jaką teraz pragnął było to, żeby pakować się w jakies gierki z jego ojcem, musiał przyznać, że to co usłyszał przed chwilą z jego ust naprawdę było dziwne. Przegryzł wargę, próbując tym nadać swojemu otępiałemu od nadmiaru rumu mózgowi znak do działania. 
- Kiedy zbiera się kolejny Trybunał?- zapytał, a Edward uśmiechnął się, wiedząc, że syn mu pomoże.
- Za cztery dni.
- Przykro mi tatku, ale chyba jednak nie mogę ci pomóc. Moja Perła z pewnością nie wyzdrowieje do tego czasu- odpowiedział, mówiąc o swoim kochanym okręcie jak o jednorodzonym dziecku. 
- Nie musimy płynąć Perłą. Możemy popłynąć moim Kłem- powiedział, wskazując na mniej okazały niż Czarna Perła statek zacumowany niedaleko niej w porcie.
- Nie ma takiej opcji. Nie zostawię Perły samej- powiedział, niebezpiecznie wymachując ręką w której trzymał pistolet. 
- Nie każę ci zostawiać jej samej. Ona się nią zajmie- powiedział Edward po czym odsunął się o kilka kroków i wskazał na stojącą około dziesięciu metrów od niego mulatkę, którą Jack bardzo dobrze znał. Młodszy Sparrow przetarł jeszcze raz oczy, by upewnić się, że nic mu się nie przywidziało.
- Witaj Jack- powiedziała Tia Dalma, uśmiechając się zawadiacko.


--*--

Cóż, jest już rozdział 2. Ten nie podoba mi się aż tak jak poprzednie posty na tym blogu, ale to pewnie przez to, że nie wyszło mi ujęcie charakteru Jacka i bardzo przepraszam jeśli zawiodłam. Z tym rozdziałem męczyłam się aż trzy dni, więc jak na mnie dość sporo, bo zazwyczaj jak biorę się za rozdział, to wystarczą trzy godzinki i cały jest gotowy. Mam wielką wenę do pisania tego bloga, więc posty pojawiają się dość często, za co przepraszam, jeśli to dla was za duża częstotliwość. Chciałam też bardzo podziękować za potok komentarzy, które pojawiły się pod prologiem i rozdziałem 1 oraz to, że jest już was tak dużo, w tak krótkim czasie. Przepraszam, że ten rozdział wyszedł taki długi, ale nie mogłam się opanować :)




sobota, 29 listopada 2014

001. Piraci są wszędzie...

Anglia, Londyn
 11 kwietnia 1753 roku


Dostojny kapitan floty angielskiej przechadzał się powoli po gabinecie króla Jerzego IV. Jego idealnie wypastowane buty odbijały swoją czarną barwę o schludną, drewnianą posadzkę gabinetu, a jego niskie obcasy uderzały o nią, i mimo, że dźwięk był cichy, prze ciszy, która trwała teraz w gabinecie  Króla, wydawał się głośny, jak strzał z armaty. Porucznik przyglądał się swojemu przełożonemu wężym wzrokiem, ale Król za bardzo wpatrzony był w bogactwa, które stały ustawione wokół jego biurka. Kapitan z zażenowaniem patrzył, jak świńskie oczka króla z zachwytem wpatrują się w diamenty, a grube, ozdobione drogimi pierścieniami dłonie z chciwością dotykają każdy drogocenny przedmiot. 
Wyprawa po Święty Graal nie powiodła się, ale kapitan nie był głupi. Wiedział, że ten chciwy głupiec, Król Jerzy, od razu zapomni o Graalu (na którym zależało mu zresztą tylko dlatego, że ujmą na jego honorze, byłoby, gdyby Hiszpanie znaleźli go pierwsi) gdy zobaczy tyle bogactw. Kapitan wiedział również, że ani jedna złota moneta nie zostanie przeznaczona dla ludności Londynu. Większość Król wyda na huczne uczty i damy do towarzystwa, a drogą biżuterię odda Królowej, by udobruchać ją, kiedy znów przyłapie go w łóżku z inną panną. Porucznik przyzwyczaił się jednak do tego. Od piętnastu lat wypływał na wyprawy pod flagą Anglii, a przypadki, kiedy dobra materialne, które przywiózł zostały oddane ludzkości mógł wyliczyć na palcach jednej ręki. Ale lepsze to, niż praca w inkwizycji. Ciągłe próby łapania piratów, których nie dało się złapać. Na przykład tego całego Jacka Sparrowa. Porucznik cały czas czuł do siebie wstyd o to, ile razy ten oszołom mu już uciekł. Ile razy śmiał mu się w twarz. Polowanie na niego było tak samo bezsensowne, jak próby zniszczenia całej załogi Latającego Holendra. Gdy pozbyli się Davy'ego Jonesa pojawił się ktoś kolejny. Poza tym, patrząc na poczynania Króla, porucznik zaczął uświadamiać sobie, że pod jego rządami również stał się piratem, tylko, że z tytułem korsarza Wielkiej Brytanii. Ale czy nie było piractwem to, że najeżdżał na statki i porty by zawieźć bogactwa Królowi, który przywłaszczał to sobie? To było piractwo w czystej postaci. 
- Cóż, kapitanie Lennigton, to zaprawdę piękne dary, które dziś pan przywiózł- zaczął Król, na chwilę odrywając wzrok, od skrzyni pełnej drogich win.- Ale napaść na żeglarski statek, nawet, jeśli był to statek Hiszpanów nie jest dobrym pomysłem. Ten gest może zniszczyć nasz sojusz.
- Który i tak jest już na skraju przepaści. Czy wasza wysokość myśli, że Hiszpanie nie mają już wobec nas wrogich planów? Ferdynand VI już dawno planuje atak- wybronił się Lennington, zdejmując korsarski kapelusz ukazując przy tym swoje bujne jak na swój wiek jasne włosy. Król skrzywił się na ten widok. Wiele razy powtarzał swojemu podopiecznemu, żeby nosił szlachecką perukę, tak jak to robią inni urzędnicy wysokiej rangi. 
- Ferdynand planuje atak już od ponad pięciu lat, a musisz się nauczyć, że Hiszpanie rzadko przekuwają słowa w czyny- odpowiedział Jerzy IV wycierając twarz białą, haftowaną chusteczką. Lennington zaśmiał się w duchu, na myśl o lekkomyślności brytyjskiego króla, który zrobi wszystko, by nie dopuścić do wiadomości, że wojna z Hiszpanami jest bliska.
- Nie chciałbym waszej wysokości obrażać, ale wydaje mi się, że wysokość nie powinna tak lekceważyć Ferdynanda. Przypominam, że to własnie za jego panowania Hiszpański Imperium Kolonialne powiększyło się o kolejne pół Ameryki Południowej- odpowiedział dostojnym tonem porucznik, mimo iż wiedział, że Jerzy jest zbyt głupi, żeby wziąć sobie jego uwagę do serca. Król spojrzał na niego z rozbawieniem. To własnie przez jego rządy Wielka Brytania popadła w kryzys, a dwie wyspy wyzwoliły się spod panowania Anglików, w czasie, kiedy Imperium Hiszpańskie rosło w siły, czyhając tylko na moment, kiedy tego starego głupca Jerzego najłatwiej będzie zepchnąć z tronu i przywłaszczyć sobie ziemię Królestwa Brytyjskiego. Zapatrzony w bogactwa i dumny Jerzy, nie umiał dostrzec tego, co dzieje się wokół niego.
- Ale to nie wszystko, co dla ciebie przywiozłem, Królu- powiedział, pobłażliwym tonem Lennington. Nie żeby zależało mu na sympatii Jerzego, ale poparcie ze strony Króla, nawet tak beznadziejnego jak Jerzy, zawsze się przydaje. Widział jak świńskie oczka Króla otwierają się szerzej, a on sam aż drży z uciechy, myśląc o kolejnych darach od ulubionego porucznika.
- Wprowadzić!- zawołał Lennington w stronę drzwi, a po chwili dało się usłyszeć skrzypnięcie ciężkich zawiasów, a do pokoju weszło dwóch królewskich gwardzistów prowadząc dziewkę zakutą w kajdany.
Kobieta miała może około trzydziestu wiosen. Głowę miała spuszczoną, przez co nie było widać jej oczu, tylko grube, czarne rzęsy, przypominające dwa rosłe nietoperze. Na głowie sterczał jej niechlujny kok, z którego ze wszystkich stron wystawały ciemnobrązowe, skołtunione kosmyki włosów. Ubrana była w żółtą suknię z mocno ściśniętym gorsetem, w stylu panienek lekkich obyczajów zamieszkujących Tortugę. Jej piersi były idealnie odsłonięte, na tyle, że widać było tatuaż w kształcie dwóch skrzyżowanych piszczeli na lewej piersi. Tren sukni również był żółty, jednak z czarnymi akcentami. Był już mocno zniszczony. Panna przyozdobiona była wieloma złotymi bransoletkami i naszyjnikami, szmacianymi szalami, powtykanymi w różne miejsca sukienki. W każdym uchu spoczywało po pięć małych złotych kółek. Talię kobieta przepasaną miała grubym pasem pirackim, w którym spoczywała szabla i pistolety, zanim została pojmana przez Lenningtona. 
Porucznik próbował złapać kobietę za zgięcie łokcia, by zaprowadzić ją bliżej do Króla, ta jednak wyrwała się jego uściskowi. Mimo to nie mogła nic zrobić. Miała związane dłonie i stopy na przegubach. Lennington zauważył Króla, który aż ślinił się na widok seksownej piratki. 
- Dobrze, zostawcie nas, dziękuję Lennington. Sam przeprowadzę przesłuchanie. Może uda nam się dowiedzieć coś więcej o niej i jej kamratach- powiedział Jerzy zacierając ręce, ale Lennington wiedział, że Królowi chodziło o coś zupełnie innego niż przesłuchanie. Najpierw wyszli gwardziści, a porucznik najpierw ukłonił się nisko Królowi, szelmowsko zarzucając przy tym kapeluszem, a następnie pokierował się drzwi. Gdy przechodził obok piratki otarł się o nią łokciem.
- Już- szepnął jej do ucha. Piratka odwróciła się do Lenningtona i niby znienacka zabrała mu szablę, po czym jednym sprawnym ruchem, zanim Król zdążył się zorientować oswobodziła się ze sznurów.
- Straż!- zawołał Jerzy. Do pokoju wparowało trzech gwardzistów. Lennington wyciągnął dwa pistolety pirackie, które trzymał na pasie schowane w pochwie w tajemnicy przed Królem. Zanim ktokolwiek zorientował się, co wyprawia porucznik, ten zastrzelił już dwóch strażników, a trzeciego, który widząc to, próbował wyskoczyć przez okno trafił prosto w głowę. 
- Lennington, co to ma wszystko znaczyć?!- zapytał przerażony Król, krztusząc się powietrzem. Lennington wiedział, że nie mają dużo czasu, dlatego tylko skinął głową na swoją towarzyszkę, która silnym rzutem wbiła szablę prosto w serce starca. Król Jerzy IV padł martwy.
- Świetnie sobie poradziłaś Demeter- pochwalił towarzyszkę Lennington uśmiechając się szelmowsko.
- Nie ma czasu na gadanie. Za chwilę ktoś zorientuje się, co tu się stało- powiedziała Demeter zabierając Lenningtonowi jeden z pistoletów i chowając go za swój pas.
- Więc gdzie Cień Świata?- dopytywał się Lennington.
- Za chwilę przycumuje. Musimy być gotowi. Jeśli będzie stał w porcie za długo, ci angielscy durnie mogą się zorientować, że to piracki statek, a wtedy będziemy zmuszeni przeprowadzić atak na Londyn, a ja naprawdę nie mam na to teraz czasu.
- Więc ruszajmy. 



Gdzies na Morzu Karaibskim
20 kwietnia 1753 rok- teraźniejszosć

Krwawa Wdowa delikatnie chwiała się na Karaibskim Morzu. Stała w jednym miejscu już trzy dni, bo cała załoga naprawiała szkody, które zaszły w srodku pokładu przez ostatnią epidemię szczurów. Wszyscy majtkowie dzielnie zbierali martwe szczury i sprzątali ich odchody z pokładu, oraz zatykali podziurawione przez nie worki z żywnoscią i drogocenne beczki z rumem. Czarna Wdowa nigdy nie była czysciutką łajbą, jak te hiszpańskie czy angielskie statki żeglarskie. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj panował tu brud jak na każdym pirackim statku. Szczury wczesniej też nikomu nie przeszkadzały, dopóki jakis murzyn, znający sie na gryzoniach, który przybył na Wdowę, by wymienić złupione ostatnio tłuste barany na zioła (nie, nie lecznicze zioła) zauważył, że szczury, które bawiły się swietnie na pokładzie Wdowy przenosiły sepsę. Na szczęscie znajdowali się wtedy w porcie i kapitanki szybko pozbyły się szczurów zawiązując sojusz z jakąs młodą, zdegenerowaną wiedźmą, którą doradził im ich pierwszy mat. 
Gdy zdorwa częsć załogi czysciła dolny pokład kapitanki Ana, Jovita i Lucia Rodriguez stały przed piątką już zarażonych sepsą majtków wraz ze swoim pierwszym matem, Hektorem Barbossą. Wczesniej cała czwórka zażyła okropny syrop, który miał ich ochronić przed tą chorobą. Radzili chyba już około godziny, na temat tego, co zrobić z niepotrzebną już, a wręcz niebezpieczną częscią załogi.
- Idźcie posprzątać w celach, a my jeszcze porozmawiamy- rozkazał majtkom Barbossa. 
- Nie ma co ryzykować i zostawiać ich na pokładzie i odwozić do portu, kto wie ile osób mogą do tego czasu zarazić- wyraziła swoje zdanie Lucia, zaciągając się fajką z wczesniej wspomnianymi ziołami.
- Więc co chcesz zrobić?- zapytała Ana, łapiąc się pod boki.
- Jak to co? Wyrzucić ich za burtę. Nie siądzisz Hektorze, że teraz to jedyne wyjscie?- zapytała Jovita, zwracając się do pierwszego mata. Zawsze jednak czuła się dziwnie, gdy zdawała sobie sprawę, że Hektor Barbossa, człowiek, który siedem lat temu uratował ją i jej siostry, zaopiekował się nimi i nauczył wszystkiego o piractwie jest teraz jej matem. Tak się niestety stało. Jego statek poszedł na dno rok temu, a wtedy dziewczęta, które były dopiero swieżo upeczonymi kapitankami Czarnej Wdowy przyjęły go do siebie. Wiedziały, że Barbossa nie jest dla nich groźny. Jemu zależało tylko na jednym okręcie. Na Czarnej Perle. Czasem Lucię i Jovitę denerwowało to, jak bardzo gardzi Krwawą Wdową, twierdząc, że nie ma lepszej łajby, niż Czarna Perła. Ale on po prostu taki już był.
- Też uważam, że to jedyny sposób.- przyznał Hektor, odgryzając sporą częsć dorodnego jabłka. Skok spływał mu po rzadkiej brodzie.
- Ale mielibysmy zabić własną załogę?- oburzyła się Ana. Obie jej siostry zawsze narzekały na jej nadmierny pacyfizm. 
- Przestań, nie robimy tego po raz pierwszy- westchnęła Lucia siadając na beczce z prochem i grzebiąc paznokciami w lufie pistoletu. 
- To co, deska?- zapytała Jovita, a Hektor i Lucia potrząsnęli potakująco głowami. Cóż, Ana została przegłosowana.- Hektor, mógłbys ich tu przyprowadzić?
Hektor skłonił tylko głowę i wyszedł w stronę cel. Kiedy chciał mógł się zachowywać bardzo dostojnie. Lucia zawsze czuła, że ma do niej jak i do jej sióstr wielki szacunek. Podejrzewała, że czuje się też dumny, bo to, że były kapitanami jednego z najsilniejszych pirackich statków, było w dużej mierze jego zasługą. Gdyby nie on, prawdopodobnie Ana zostałaby zakonnicą, ona nie wiedziałaby co ze sobą zrobić, może byłaby krawcową. Jedynie Jovita zawsze interesowała się piratami i Lucia podejrzewała, że nawet gdyby w ich życiu nie pojawił się Hektor, to i rak próbowałaby zostać piratem. To leżało w jej naturze. 
Nagle Jovita zobaczyła szybki ruch. To Jack skoczył przed nią, obnażając swoje obrzydliwe zęby. Dziewczyna aż  podskoczyła widząc to dziwadło, a gdy Jack zaczął uciekać wyjęła rewolwer i strzeliła w niego. Małpka tylko zatoczyła się, po czym wstała i ruszyła znów do biegu. Jovita nigdy nie pytała czemu małpka jest niesmiertelna. Wiedziała po prostu, że takie rzeczy w swiecie piratów się zdarzają.
- Zostaw mojego Jacka w spokoju!- odezwał się Barbossa ze schodów, prowadząc przed sobą pięciu słabo wyglądających majtków.
- To zapanuj nad tą piekielną małpą, bo przysięgam, że jesli mnie będzie tak dalej denerwować to zginie mimo tego, że jest niesmiertelna- odparowała obojętnie Jovita swoim typowym głosem, który brzmiał jak po dwóch butelkach rumu, mimo że każdego dnia miała w sobie dużo więcej rumu.
- Ciekawy jestem, jak chciałabys to zrobić?- zapytał kpiącą mat.
- Taki pirat jak ja nie zdradza swoich tajemnic- odpowiedziała bujając się delikatni na boki i usmiechając się swoim dziwnym, flirciarskim, ale zarówno złowieszczym usmiechem.
- Wiesz, kogos mi przypominasz- powiedział po kilku chwilach Barbossa.
- Niby kogo?- drążyła temat Jovita.
- Ach, nieważne- zbył ją Hektor, po czym wystawił deskę do skoków na burcie.
- No mówże!- zdenerwowała się Jovita, ale nawet gdy się denerwowała, nie krzyczała, a jej głos był jak zawsze naturalnie rozchwiany.
- Może przejdziemy do rzeczy?- wtrąciła się Lucia, mętnym pod wpływem zawartosci fajki wzrokiem oglądała chorych majtków. Jovita i Barbossa niechętnie odeszli od kłótni.
- Wchodzić. Po kolei- rozkazała Jovita, a czesć załogi spojrzała na nią z przerażeniem.
- Ale przecież...dobrze się sprawowalismy-  zaczął jakis niski chłopak mający góra dwadziescia pięć lat.
Lucia westchnęła i wyciągnęła swój pistolet, po czym strzeliła w chłopaka, a ten wywracając się do tyłu, wyrżnął w burtę i spadł do wody. Pozostała czwórka z przerażeniem patrzyła, jak wokół zakrwawionych zwłok zaczynają zbierać się rekiny.
- Macie wybór. Zginąć tak jak on, albo skoczyć i mieć szanse, że jakis statek was zobaczy i weźmie ze sobą.- powiedziała bez owijania w bawełnę Lucia. Ana poczuła zażenowanie zachowaniem siostry. Co prawda lubiła to życie i nie zamieniłaby go na żadne inne, ale czasem sadystyczne zachowania jej sióstr doprowadzały ją do białej gorączki. Z przerażeniem zauważyła też, że nikt z pozostałej czwórki nie rusza się z miejsc. 
- No skoro wolicie zginąć rozszarpani przez rekiny- powiedziała Lucia i wycelowała pistoletem w głowę starca, który wcześniej zajmował się bocianim gniazdem.
- Nie, nie! Pójdziemy- powiedział starzec po czym wszedł na deskę i skoczył z niej w wodę, a za nim poprzednia trójka. Gdy wszyscy skończyli już w wodzie Lucia wraz z Barbossą ruszyli do sterów. Trzeba było jechać na Tortugę, uzupełnić zapasy rumu i ziela. Ana stała jeszcze trochę nad burtą, kiedy nagle drzwi od kajuty odtworzyły się i na pokład wkroczył Ryan. Wysoki młodzieniec, o niebieskich oczach i brązowych włosach sięgających za uszy. Nie wyglądał jak pirat, bo też nie długo nim był. Gdy dziewczyny odbiły Krwawą Wdowę jakimś zamożnym kupcom wybiły prawie całą załogę oprócz niego. Był on jakimś szlachcicem, który przeprawiał się do Francji, w celu poślubienia jakiejś księżniczki. To miało być małżeństwo dla interesów, ustanowione przez rodziców obojga, ale Ryan go nie chciał. Właściwie to Ana uratowała mu życie, ponieważ egzekucje przeprowadzały te sadystki Lucia i Jovita. Gdy doszły do Ryana, ten błagał ich o to, by mógł zostać piratem i wtedy wkroczyła Ana i uratowała mu życie, bo żadna z jej sióstr nie miała zamiaru przystać na tę ofertę. Ana musiała przyznać, że za każdym razem, gdy widziała Ryana, jej serce zaczynało bić szybciej. Ale nie miała zamiaru się do tego przyznać. Była piratem.
- Dzięki Bogu, że cię znalazłem Kapitanie- powiedział Ryan, a Ana dopiero teraz zauważyła wielką papugę siedzącą na jego ramieniu.
- Co się stało Ryan?- zapytała Ana, podchodząc do chłopaka.
- To list od naszego człowieka z Zatoki Mgieł. Sao Feng zbiera Trybunał- odpowiedział i podał jej list. Dziewczyna rozwinęła go i przeczytała uważnie dwa razy.
- Jovita, Lucia, płyniemy do Zatoki Mgieł!- krzyknęła do sióstr, które wspierały się o cos przy sterze. 
- Co takiego?- odkrzyknęła jej Jovita.
- Trybunał- powiedziała tylko Ana, a Lucia stojąca przy sterze od razu zmieniła kurs.


--*--

Tamtaradam! Pierwszy rozdział już jest. Sama nie wiem co o tym mysleć. Może wy mi powiecie, co? Czekam na wasze odpowiedzi w komentarzach. Wiem, że nie ma Jacka, i bardzo was za to przepraszam, ale Jack pojawi się już w kolejnym rozdziale :)
Priori :)




  

niedziela, 23 listopada 2014

000.Prolog

Sierociniec zakonny sióstr Benedyktynek w St. Antonio 
10 maja 1746 r.

Wiatr wiał dziś niemiłosiernie. Wszyscy spodziewali się dzisiaj deszczu, albo przynajmniej złej pogody. Ta jednak nie nadeszła. Nadeszło coś gorszego. Trzy identyczne dziesięciolatki siedziały w wielkiej szafie przerażone tym co się wokół nich działo. Dwie płakały, jednak jedna z podniesioną głową wyglądała zza szparki w drzwiach szafy. Wszystko wokół niej się waliło. Armaty wystrzelały ciężkie kule na całe Saint Antonio. Palmy i roślinność paliła się, domy waliły w gruzy. Wszędzie leżały trupy. Jedne przebite szablami, inne z kulami w różnych miejscach ciała. W porcie stał potężny, czarny, mrożący krew w żyłach statek piracki. Dziewczynka, która jako jedyna uszu nie miała zatkanych dźwiękami szlochu i płaczu słyszała zbliżające się z dołu kroki. Wiedziała, że to nie kroki zakonnic. Zakonnice tak nie chodzą. Tak ciężko i szybko. Drgnęła lekko, gdy usłyszała strzał zaledwie piętro niżej. Po chwili padł drugi, jednak ten został wypuszczony w akompaniamencie jednej z sióstr Benedyktynek. Najdzielniejsza z dziewczynek zakryła usta przerażonym siostrom tak, by nie krzyczały. Wiedziała, że jeden głośniejszy dźwięk z góry skazuje ich na śmierć. Po chwili drzwi otworzyły się gwałtownie, tym razem wszystkie trzy dziewczynki podskoczyły ze strachu. Najodważniejsza z sióstr jednak od razu zauważyła, że to nie pirat dobił się do ich pokoju. To jedna z sióstr. Zakonnica podeszła do ich szafy i otworzyła ją przerażona na oścież.
To była siostra Jeanelle. Ich bezpośrednia opiekunka. Dziewczynkom czasem pod jej zakonnym kapturem udało się zauważyć kilka blond kosmyków. Miała pulchną buzie, ale jej figura była raczej chuda. Jej zazwyczaj promiennie roześmiana twarz ukazywała teraz ból. Tylko jedna z dziewczynek zauważyła dlaczego. Z lewego boku, pod żebrami wystawała jej okropna krwawiąca rana.
- Dziewczynki... znalazłam was... chwała Bogu!- ucieszyła się zakonnica i przytuliła do siebie trojaczki.- Jovita, nic ci nie jest?- zapytała uważnie przyglądając się twarzyczce najodważniejszej z dziewczynek.
- Nie, ciociu- odpowiedziała, dziecięcym, ale nad wyraz odpowiedzialnym tonem głosu.- Z Aną i Lucią też wszystko w porządku.- uspokoiła zakonnice Jovita.
- Posłuchajcie, musicie uciekać tylnymi drzwiami przez kuchnię. Za kuźnią jest klapa w ziemi, musicie tam wejść i przeczekać tam, dopóki piraci nie odpłyną- nakazała Jeanelle łapiąc w ramiona małą Jovitę. Zawsze widziała w niej coś nietypowego, coś co ma w sobie tylko jedna osoba na milion. Dar od Boga.
- Nie zostawimy cię, ciociu!- sprzeciwiła się Jovita. Wiedziała, że nie powinna mówić do siostry zakonnej ciociu, ale nie mogła się powstrzymać. Była dla niej jak matka, której nigdy nie miała. Nie mogła jej zostawić.
Nagle ich rozmowę przerwał głośny huk dochodzący zza drzwi. To piraci dobijali się do pokoju, krzycząc i awanturując się. Jeanelle złapała Jovitę za ramiona i mocno nią potrząsnęła.
- Musicie się stąd wydostać, ja sobie poradzę- powiedziała i popchnęła Jovitę i jej siostry w stronę drzwi. Jovita wiedziała, że muszą uciekać, jednak jeszcze przed przekroczeniem drzwi spojrzała przelotnie w oczy swojej byłej już opiekunce, po czym złapała swoje siostry bliźniaczki za ręce i razem z nimi wybiegła z pokoju. Gdy były w połowie korytarza prowadzącego do kuchni, usłyszały strzał i krzyk Jeanelle, a Jovicie po policzku spłynęła łza. Wiedziała, że już więcej jej nie zobaczy. Dziewczęta w biegu odsunęły mosiężne drzwi prowadzące do kuchni. Tajne przejście, które prowadziło aż pod kuźnię znajdowało się w niedziałającym piecu. Jovita odsunęła pokrywę pieca i szubko zagnała siostry do przejścia. Wiedziała, że piraci depczą im po piętach. Wiedziała też, że to nie ich szukają, tylko świecidełek, ale gdyby je znaleźli, to śmierć byłaby najlepszym, co mogliby im zrobić. Ciężko było jej z myślą, że jest najbardziej świadoma, wśród swych sióstr. Szły wąskim korytarzykiem, do którego z pewnością nie zmieściłaby się ani Jeanelle ani inna zakonnica. Ich błękitne sukienki całe były już w sadzy. Po chwili tunel zaczął piąć się w górę, a Ana, która szła na samym początku uchyliła wieko i wyszła z korytarza jako pierwsza.
Na zewnątrz hałas był jeszcze większy niż w sierocińcu. Krzyki mordowanych ludzi i  gwałconych kobiet, wybuchy bomb pirackich, kule armatnie trafiające w budynki, ogień rozpowszechniający się wokół nich, głośne armaty, szczęk uderzanych o siebie szabli i strzały. Jovita nakazała reszcze sióstr się czołgać i nie zwracać na nic uwagi i ruszyła przodem dziwnego korowodu. wokół niej działo się tyle zła, ciężko było na to nie reagować. Jedna z kul nawet świsnęła jej tuż nad głową. Gdy była już kilka metrów od klapy w ziemi, zauważyła przed sobą, chude, obrzydliwe stopy owinięte po części w bandaże.
- Część słoneczka- powiedział obleśnie uśmiechając się do nich, stary pirat, którego stan uzębienia był wręcz nie do przyjęcia. Złapał Jovitę za sukienkę i podniósł wysoko jak małego kociaka. Jovita zaczęła płakać. Nie mogła się opanować, wiedziała, że koniec jest blisko. Stary pirat splunął na ziemię.- No proszę, co się może przypałętać w tej małej mieścinie- zaśmiał się, okropnym gardłowym głosem. Po chwili Jovita zobaczyła ruch i już po chwili jej siostry były mocno trzymane przez kolejnych dwóch przyjaciół. Jovita odwróciła się z powrotem do swojego oprawcy i krzyknęła, widząc na przeciwko siebie duże, czarne oczy obrzydliwej małpki kapucynki.
- Wystarczy, Tigg, zostawcie je!- usłyszała za trzymającym ją piratem czyjś silny głos, a po chwili poczuła jak jej stopy znów dotykają ziemi.
Jej oczom ukazał się stary pirat, o rzadkiej, kręconej brodzie. Miał duży kapelusz, przypominający wielkością kaptury sióstr Klarysek, które czasem przyjeżdżały do ich sierocińca z różnymi darami. Na prawym oku miał czarną opaskę. Jego twarz była przyzodobiona wieloma bliznami. Jovita podejrzewała, że to blizny bitewne. Jego postawa mówiła sama za siebie, że był on kapitanem piratów, którzy napadli dziś na Saint Antonio.
- Więc, jakie są wasze imiona?- zapytał pirat, a Jovita zrozumiała, że to ona będzie musiała z nim rozmawiać. I Ana i Lucia były tak przerażone, że nie były w stanie wydusić z siebie nawet najkrótszego słowa.
- Ja jestem Jovita, ale mówią mi Jov, a to moje siostry Ana i Lucia Rodriguez- odpowiedziała, kompletnie bez strachu. Tak jak bała się tamtego oblecha, tak samo do tego pirata wcale nie czuła odrazy. Wręcz przeciwnie. Wstydziła się to przyznać przed samą sobą, ale czuła do niego respekt. Mimo iż od urodzenia była wychowywana przez zakonnice, musiała przyznać, że słuchanie opowieści i szant o piratach zawsze wprawiało ją w radość.
- No więc, moja droga, wygląda na to, że jesteście teraz po moją opieką- powiedział z uśmiechem na ustach pirat.- Jack, do mnie- zawołał, a obleśna małpka przeskoczyła z ramienia Tigga prosto na jego ramię. Kapitan położył Jovicie rękę na plecy, sygnalizując tym samym, że ma iść za nim. Nie wiedziała, co może się tam stać, ale wierzyła, że w jej życiu może się teraz coś zmienić.


--*--

Dobra, macie mnie. Założyłam nowego bloga, ale to przez to, że po prostu nie mogłam się opanować, bo do takiego fanfika przygotowywałam się już bardzo długo. Mam nadzieję, że prolog wam się spodobał, bo o dziwo jest to jedna z tych notek, które naprawdę mi się spodobały. Wiem, że zostawiam wam wiele pytań, ale jeszcze długo zanim się one rozwiążą.
Pozdrawiam,
Priori :)
 

Mrs. Punk